Przykry przypadek Mateusza Szczepaniaka

  • Home /
  • Aktualności /
  • Małostkowość Podbeskidzia, czyli nieludzki przypadek Mateusza Szczepaniaka

Małostkowość Podbeskidzia, czyli nieludzki przypadek Mateusza Szczepaniaka

Zrozumienie i poszanowanie dla drugiego człowieka kończy się zazwyczaj gdy napotyka na własne, w dodatku niespełnione, ambicje. W piłce nożnej ta zależność jest niestety dość oczywista...

Ubiegły sezon był dla Podbeskidzia bardzo burzliwy: klub był jedną nogą w grupie mistrzowskiej, by po zawirowaniach z punktem ujemnym dla Lechii, wylądować w grupie walczącej o utrzymanie i ostatecznie spaść do pierwszej ligi. Na domiar złego, niedługo po tym okazało się, że w Bielsku-Białej stracą swojego najlepszego piłkarza. Dodajmy do tego, że nie zarabiając na jego odejściu ani złotówki...

Mateusz Szczepaniak był do "Górali" jedynie wypożyczony. Co prawda, w umowie transferu czasowego była zawarta klauzula pierwokupu, ale... mogła wejść w życie po spełnieniu pewnych warunków, przede wszystkim od pomyślnego zakończenia procesu oferowania Mateuszowi nowego kontraktu, mającego obowiązywać od 01.07.2016 r. Pewne rozmowy były podjęte jeszcze zimą, ale do konkretów nie doszło. Poprzedni zarząd nie był zdecydowany na przedłożenie oferty, a nowy zajął się sprawą, gdy było już na to zdecydowanie późno. Piłkarz wiedząc jak rysuje się jego przyszłość w klubie, złożył oświadczenie woli o odejściu i nie wiązaniu się na okres dłuższy niż obowiązujący kontrakt. Zostały o tym poinformowane zarówno Podbeskidzie, Miedź, jak i PZPN. Tym samym otworzyła się możliwość dla innych klubów, z czego skorzystała Cracovia wykupując 25-latka z Miedzi.

Czy Podbeskidzie pomimo utraty możliwości pierwokupu mogło starać się o wykup Szczepaniaka? Tak. Czy musiałoby się liczyć z tym, że w porównaniu opcji grania na zapleczu Ekstraklasy i występów w Europie, wypadłoby gorzej? Raczej tak. Nie dane będzie im się o tym jednak przekonać, gdyż walki o jego zatrzymanie na dłużej oficjalnie nie podjęto.

Czy można mieć pretensje do zawodnika, że opuszcza zespół, w którym już nie ma perspektyw? Ma za sobą bardzo dobry sezon (10 goli i 3 asysty w 33 meczach) i nie dziwota, że po wyrobieniu sobie dobrej marki skorzystał z oferty dającej mu możliwość stałego rozwoju w najwyższej klasie rozgrywkowej i gry w europejskich pucharach. W dodatku, według naszego źródła, nikt w Bielsku nie rozmawiał z nim na temat przyszłości. Zainteresowano się nim na poważnie dopiero, gdy poczuto „nóż na gardle”. Na domiar złego, na nieswoim zawodniku chciano jeszcze zarobić. Trochę na zasadzie „jak potrzymam twoją łopatkę, to jest też trochę moja”.

Wydawać by się mogło, że na tym saga powinna się skończyć. Klub spada z ligi, a wyróżniający się zawodnik korzysta z nadarzającej się okazji i wybiera ciekawszą ofertę. Scenariusz jakich wiele, standard. Wraz z upływem kontraktu strony podają sobie ręce i każdy idzie w swoją stronę (Podbeskidzie zostaje w Bielsku-Białej, a Szczepaniak udaje się do Krakowa).

Sprawa nie jednak tak prosta, jak się wydaje, albowiem do gry włączyły się nadmierne emocje. W klubie mówi się o tym, że są "stratni na odejściu Mateusza", a jego podpisanie kontraktu z Cracovią było "niezgodne z przepisami". Fakt, że tracą cennego zawodnika jest niezaprzeczalny, lecz taki jest biznes. A co do tezy o nieprawności jego przejścia? Opisaliśmy to już wyżej. Niezgodne z prawem są natomiast propozycje jakie padły ze strony klubu. Powołując się na Pawła Kopcia, pełnomocnika transakcyjnego Mateusza Szczepaniaka, dowiedzieliśmy się, że w Bielsku chciano by część z pieniędzy jakie Miedź otrzyma od Cracovii za transfer, przekazano do nich. Argument? „Bo im się należy, a przecież to Podbeskidzie go wypromowało”... Logiczne? Nie do końca. Byłoby to bowiem bezprawne osiągnięcie korzyści majątkowej. W klubie pojawiły się też sugestie, że w razie czego mogą pojawić się problemy z płynnością jego przejścia, a jeśli uda się dogadać na ich warunkach, to będzie „najlepiej dla wszystkich”. Jak widać, frustracja włodarzy klubu, jakkolwiek zasługująca na pewne zrozumienie, zaczęła się przekładać na samego piłkarza, czego już zrozumieć się nie da.

"Pasy" przygotowują się już do nowego sezonu, trenując do startu w eliminacjach Ligi Europy, zaczęli więc swoje przygotowania tydzień wcześniej niż spadkowicz z Bielska. Korzystnym rozwiązaniem dla zawodnika byłoby, gdy już teraz mógł ogrywać się z nowymi partnerami. Po powrocie z urlopu będzie ćwiczył z Podbeskidziem raptem 10 dni, mając świadomość, że nie zagra już z nimi w nowym sezonie. Dwa tygodnie, które mógłby spędzić w towarzystwie nowego zespołu, mogłyby być bezcenne dla niego i drużyny. Jednak nie będą, bo 25-latek musi siedzieć na przymusowym urlopie i, póki co, trenować w domu.

Klub oczywiście nie łamie w ten sposób żadnych zasad. W dalszym ciągu, do 30 czerwca, Podbeskidzie i Szczepaniaka obowiązuje kontrakt. On reprezentuje klub i trenuje (albo przebywa na umówionym urlopie), a klub płaci mu wynagrodzenie. Co prawda mógłby zwolnić zawodnika z obowiązku treningów i umożliwić wcześniejszy wyjazd do Krakowa, ale nie ma przepisu, który by go do tego zmusił. To zależy jedynie od dobrej woli włodarzy lub/i dżentelmeńskiego podejścia do sprawy. Z tego co nam wiadomo, piłkarz chce nawet zrzec się reszty swojego wynagrodzenia, byle móc opuścić wcześniej klub, ale jak widać, taki argument także nie przemawia do rozsądku zainteresowanych. Reasumując: Podbeskidzie i tak nie zarobi na Szczepaniaku, nie wykupi go, nie będzie dłużej grał w ich barwach, nie wspomoże zespołu w żaden sposób, ale kwestią honoru dla niektórych pozostaje uprzykrzenie "niewdzięcznemu kopaczowi” życia. Nawet perspektywa zaoszczędzenia na miesięcznej pensji nie wydaje się atrakcyjna. Lepiej zaprzeć się honorem i szarpać o pieniądze, które się nie należą. „Chytry dwa razy traci”.

Z prostej, wydawałoby się sprawy, powstał niesmaczny impas. Wzorując się na przysłowiowym "psie ogrodnika" rządzący I-ligowym klubem utrudniają rozwój i dobry start w nowym miejscu pracy swojemu byłemu piłkarzowi. Piłkarzowi, dodajmy, który przez wcześniejsze miesiące, zdaje się, nienagannie odwdzięczał się za wcześniejsze zaufanie. Jak mu podziękowano? W sposób dość małostkowy i nieprzyjemny. Sprawa rozchodzi się w fazie końcowej o dwa tygodnie czasu, który ktoś mógłby konstruktywnie wykorzystać, a będzie zmuszony przewegetować. Ten okres to przysłowiowa kość niezgody, choć zagłębiając się w istotę problemu, jak na dłoni widać, że chodzi o ludzkie, chłodne spojrzenie z szerszej perspektywy (albo o jego brak).

Niestety, nie zawsze da się powołać na przepisy, które stając naprzeciw zapartej postawy, zdają się na nic. Jeśli ktoś ma po swojej stronie prawo, będzie się go kurczowo trzymał, za nic mając logikę i czynnik ludzki. A wystarczyłoby być człowiekiem i najzwyczajniej porozmawiać, przy okazji potrafiąc przyznać się do błędu...

dodano: 15-06-2016

Komentarze

Brak komentarzy

 

Wspierają nas fani piłki nożnej i liczne firmy.

Z miłości do piłki i zasad fair play.

Tweetujemy z fanami piłki nożnej. Dołącz do nas!!!

Z miłości do piłki i zasad fair play.