Mateusz Bąk: Kluby Kokosa - wieśniactwo, masakra, dziki kraj

Mateusz Bąk: U nas jak w dzikich krajach - obrażanie i zsyłki do rezerw

Mateusz Bąk to kolejny z zawodników, którzy przerywają milczenie i zdradzają co musieli przechodzić w niechlubnych Klubach Kokosa. W nieco gorzkiej rozmowie pewnej boiskowych i życiowych mądrości, obnaża polską piłkę, którą kocha, ale jest świadom czających się w niej potworności.

Daniel Archetka: Coraz głośniej o przypadkach karnych treningów i zsyłek do rezerw. Też spotkałeś się z czymś podobnym?

Mateusz Bak: Niestety, również miałem wątpliwą przyjemność brać udział w tego typu sytuacjach. Pierwszy raz w Lechii Gdańsk, jeszcze za poprzednich właścicieli, z sześć lat temu, jak wróciłem z Portugalii wraz z innymi zawodnikami niechcianymi w klubie. Trenowaliśmy w pięć, sześć osób, zawsze w południe na sztucznej nawierzchni. Drugi raz, krótko bo krótko, ale w Podbeskidziu, przed czterema laty.

Jak skończyły się sprawy?

Wtedy w Lechii te osoby co zostały w klubie, wylądowały w rezerwach, ale chyba, jeżeli dobrze pamiętam, bez gry w meczach mistrzowskich. Natomiast w Podbeskidziu w styczniu, temperatura rano minus 15 albo i więcej... Biegaliśmy o 7 rano po 15 kilometrów, drugi trening siłownia. Wytrzymałem całe dwa dni! Stwierdziłem, że nie pozwolę robić z siebie wariata kosztem jednej pensji, bo tego dotyczył spór z prezesem.

Co czułeś w tamtym momencie? Jak odebrałeś sygnał klubu?

Odpowiedź na to co czuje zawodnik w takiej chwili musiałaby być ocenzurowana, nie oszukujmy się. Człowiek kocha piłkę nożną, trenuje całe życie nie po to, by trafiać na takie sytuacje. Miłość jak to miłość, ma swoje lepsze i gorsze strony, na szczęście te momenty nie trwały u mnie tak długo. Podziwiam chłopaków, którzy potrafili wytrzymać w takich sytuacjach kilka miesięcy. Prezes Podbeskidzia zastosował prostą taktykę. Rozmawialiśmy o rozwiązaniu umowy, spieraliśmy się co do jednej pensji. Wyciągnął asa z rękawa, a raczej kokos i wygrał... Szybko poległem.

A jak wygląda Twoja obecna sytuacja? Bywało lepiej…

Obecnie jestem w drugiej drużynie Lechii, gram w meczach mistrzowskich, ustalenia kontraktowe są respektowane, walczę o powrót do pierwszej drużyny.

Zsyłając do rezerw lub na indywidualne treningi, kluby powołują się zazwyczaj na rzekomą obniżkę formy zawodnika, choć wszyscy wiedzą, że decydują inne pobudki. Nie wydaje Cię się, że takie zachowanie szkodzi wszystkim? Klub i tak nie ma pożytku z piłkarza, który na pewno nie poprawi swojej formy i będzie do końca czuł się niepotrzebny.

Są sytuacje, że zawodnik wyraźnie odstaje i wtedy ląduje w rezerwach na normalnych zasadach. Ma możliwość pełnego treningu, trzymania formy i czas, by rozejrzeć się za nowym pracodawcą. Gorzej jeżeli druga drużyna, bądź słynne już kluby kokosa, służą tylko i wyłącznie, by się kogoś pozbyć, zmusić go do kapitulacji. Są po prostu kartą przetargową. Żadnemu zawodnikowi się nie uśmiecha w ten sposób trenować, pracować. Argument o rzekomej obniżce formy jest dla nas na tyle niekorzystny, że praktycznie niemożliwy do obalenia. Akurat w przypadku Radka Cierzniaka można było go obalić ze względu na błędy, jakie popełniła Wisła Kraków w tej sytuacji. Przy "sprytnym" odsunięciu zawodnika, najpierw od grania, schowania go w cień, a potem od pierwszego zespołu, zawsze można powiedzieć, że zawodnik obniżył formę i wtedy nie ma jak się bronić. No bo jak? Ma brać za świadków kolegów z zespołu by zaprzeczyli tejże obniżce? Bądźmy poważni. Nie ma na to szans.

Wielu długo godzi się na takie traktowanie.

Inną sprawą jest nasza mentalność i szacunek w całym środowisku. Piłkarze muszą szanować swoją pracę, podchodzić do niej w pełni profesjonalnie i szanować klub, w którym mają przyjemność grać, spełniać się i zarabiać. Z drugiej strony, kluby muszą szanować zawodników. Jeżeli piłka na najwyższym poziomie jest na zachodzie, to równajmy do zachodu nawet w tej kwestii. Nie spotykamy się tam z takimi sytuacjami jak u nas. Sami zaśmiecamy swoje gniazdo w ten sposób. Jeżeli klub nie chce już danego zawodnika i chce z nim rozwiązać umowę - oczywiście mówimy o sytuacjach gdzie zawodnik w pełni profesjonalnie podchodzi do zawodu i nie działy się jakieś przewinienia ze strony zawodnika, to normalną sytuacją jest, że zawodnik dostaje 50 procent zarobków należnych do końca kontraktu, strony podają sobie ręce, dziękują i życzą powodzenia. Gnębienie zawodnika tylko dlatego, że nie jest już potrzebny, jest absurdem. Przecież nikt nikogo nie zmuszał do podpisywania kontraktu. Jeżeli klub się pomylił, niech przyjmie to na klatę i zachowa się jak w cywilizowanym świecie. Karne treningi tylko by zaoszczędzić kilka złotych w negocjacjach są zwykłym wieśniactwem.

A taka sytuacja jak Radka?

Sytuacja, gdzie zawodnik ma pól roku do końca kontraktu i nie chce przedłużyć danej umowy, a w konsekwencji jest przesuwany do rezerw, nigdy nie znajdzie zrozumienia w mojej głowie. Była taka jedna sytuacja, znów na Zachodzie, chyba nawet dotyczyła któregoś z braci Żewłakowów. Był eksploatowany przez klub do ostatniego dnia, miał kontrakt, był potrzebny i grał. Skończyła się umowa, podziękowano mu i wszyscy byli zadowoleni. U nas jak w dzikich krajach. Obrażanie i zsyłki do rezerw. Masakra.

Jeśli piłkarz pozwie klub, decydujący głos może należeć do sztabu szkoleniowego, który zeznaje czy powody narzucenia nowego rytmu treningowego były podyktowane obiektywną obniżką formy sportowej. Trener jest wtedy w niełatwej sytuacji: być uczciwym i narazić się pracodawcy czy skłamać i stracić w oczach zespołu…

To już jest czynnik ludzki, kto jakim jest człowiekiem. Piłkarzem czy trenerem jest się chwilę, człowiekiem całe życie.

Jak podchodziłbyś do trenera, który w takiej sytuacji działa na szkodę piłkarza? Współpraca byłaby możliwa? Szatnia nie grałaby przeciw niemu?

Szatnia nigdy nie gra przeciwko trenerowi. Nikt nie przegrywa specjalnie, bądźmy poważni. Oprócz tego, że gramy dla klubu i kibiców, gramy dla siebie i naszych rodzin. Każdy chce wygrywać. Ewentualnie umiera chemia między zespołem a trenerem, a to zawsze jest początek końca.

Piłkarze boją się przeciwstawić pracodawcy, mimo iż czują, że ten zachowuje się nie fair?

Nie wiem czy bojaźń jest odpowiednim słowem. Piłkarze nie lubią wojować w dobie naszych przepisów i problemów jakie za sobą niosą. Różne wyroki przez kolejne sądy, odwołania, czas, nerwy... Każdy preferuje dżentelmeńskie rozwiązanie sytuacji.

Nie uważasz, że siedząc cicho dają przyzwolenie na dalsze tego typu praktyki?

Wiecie jak to jest... Ciężko zjednoczyć ludzi do walki. Rozumiesz dopiero wtedy, kiedy ciebie samego to dotyka. Dobrze, że jesteście wy, bo bez was to w ogóle byłaby anarchia. Teraz mamy do kogo się zwrócić, poradzić. W Hiszpanii związek piłkarzy ma aktywnych piłkarzy jako członków i są strasznie silni jeżeli chodzi o swoje prawa. Dwie strony muszą mieć równe szanse. Pamiętacie sytuacje w NBA gdy związek zawodników nie pękał i przez to sezon był opóźniony o kilka miesięcy? Szok. Inna kultura, inne realia, ale jednak...

Co z solidarnością w Polsce? Rzadko się zdarza by drużyna wstawiła się za kimś w gabinecie prezesa.

Ciężki temat. Solidarność, przyjaźń, charakter... tyle składowych, by taka sytuacja miała miejsce.

Chcemy wywalczyć dla piłkarzy mandaty na Walne Zgromadzenia Delegatów PZPN. Moglibyście mieć realny wpływ na wygląd polskiej piłki. To długi proces, ale chyba warto?

Wszystko co robicie, co ma logiczne uzasadnienie i nie jest wyciągnięte z kosmosu ma sens. Fajnie, że jesteście. Idziemy do przodu. Jest lepiej, ale i tak daleka droga. Najpierw przepis, później respektowanie go. Jeszcze 10 lat temu w ogóle byliśmy w jaskiniach pod tym względem.

rozmawiał: Daniel Archetka

dodano: 11-03-2016

Komentarze

Brak komentarzy

 

Wspierają nas fani piłki nożnej i liczne firmy.

Z miłości do piłki i zasad fair play.

Tweetujemy z fanami piłki nożnej. Dołącz do nas!!!

Z miłości do piłki i zasad fair play.